• Słowo

    Mechanizm naszego narzuconego i wyidealizowanego przez narracje zwycięzców świata tzw. zachodniego, opartego na europejskiej judeochrześcijańskiej nauce i tradycji pokazał, że słowo wypowiedziane, chociaż jest podstawowym narzędziem komunikacji, nie ma żadnej wartości.
    Narzędzie, które przyczyniło się do stworzenia wszelkich cywilizacji, bez twardego, fizycznego obrazu w formie zapisu, zostało sprowadzone do szumu.
    Przez setki lat zbudowaliśmy całe systemy hierarchii kopii, pieczątek, teczek czy podpisów, wynajdując coraz to nowe metody zabezpieczenia, chronienia przed zniszczeniem, zagubieniem, czasem nawet bez względu na zawierającą treść, czyli takie dokumentowanie dla samego dokumentu. Nie widzę w tym oczywiście nic złego. Sama zresztą lubię poszperać w starych papierach. Jednak coraz częściej mam poczucie, że nasze uzależnienie i bazowanie tylko, lub w wielkiej części, na formie zapisanej, stworzenie darwinizmu społecznego, w którym jednostki posługujące się tymiż formami zapisanymi, pozycjonowane są wyżej w piramidzie ewolucji, automatycznie zdyskwalifikowało filozofie i systemy wartości innych, mniejszych, posługujących się przeważnie przekazem ustnym i niestandardową formą zapisu grup społecznych lub nacji.
    Jakiś czas temu, szperając w bibliotekach cyfrowych, natknęłam się na notatkę:

     Generalnie wynika z niej, że zarówno ludność zamieszkująca tę wieś, jak i sama okolica nie jest warta uwagi, takie miejsce, kolokwialnie określane jako to, gdzie „diabeł mówi dobranoc”. Ludzie zamieszkujący to w większości analfabeci, bez zainteresowania kulturą, a kto czyta, ten sięga po „Silskoho Hospodarja” i „Pobudkę”. Zapisu odnośnie do terenu nie będę nawet komentować, gdyż większość choć raz pewnie odwiedziła Bieszczady lub przynajmniej widziała na zdjęciach. Nie wspominając o cerkwi w Gorzance.

    Śmiem stwierdzić, że tak tendencyjna notatka nie miała za zadanie odnotować rzeczywistego stanu bogactwa duchowego i kulturowego tychże mieszkańców, lecz usystematyzować ich w niższej kategorii części społeczeństwa. W Polsce od lat bardzo kompetentni autorzy wydają książki i inne materiały na temat Bojków, Łemków, Dolinian, Pogórzan, Rusinów czy innych, rożnie zwanych grup etnicznych, zamieszkujących dzisiejsze tereny południowej Polski i nie tylko, opisują zarówno ich historię, jak i kulturę i tradycje. Nie będę wiec rozwijać tego wątku.

    Ówczesna, podobnie jak poprzednia, polska władza i jej metody nie różniły się od metod stosowanych przez pozostałe europejskie państwa, kolonizatorów, którzy bezprawnie, kierowani chęcią dominacji, wzbogacania się kosztem innych, pod przykrywką fałszywego prometeizmu, „odkrywali” i „nawracali” podbijane narody.

    Nie potrafili dostrzec unikalności, kolorytu, bogactwa, może innej filozofii życia, bardziej zbliżonej do natury i związanej z naturalnymi cyklami, zmianami pogodowymi zachodzącymi w otaczającym ich środowisku. Współcześnie też często nie dostrzegamy takiej unikatowości, szczególnie jeśli ocieramy się o nią codzienne. Często też przedstawiciele tych grup w Europie do dzisiaj są na różne sposoby dyskryminowani. Ciekawią nas za to narody, o których wiemy niewiele, które pozostają dla nas za jakąś zasłoną tajemniczości, przynajmniej w naszych wyobrażeniach. Takim narodem, czy też narodami, są tzw. Indianie, chociaż jest to określenie niepoprawne, mieszkańcy Ameryki Północnej lub określonej przez pierwsze nacje zamieszkujące ją – Żółwiej Wyspy (nazwa związana z historią powstania świata i pojawienia się ludzkości).

    Kanada od jakiegoś czasu próbuje naprawić chociaż niewielką część zniszczenia, które wyrządzili francuscy i angielscy kolonizatorzy i dopuściła przekaz ustny Aborygenów jako tzw. dowód rzeczowy, dokument w sądzie. Historia tego kraju nie zaczyna się bowiem 154 lata temu, jak to często niepoprawnie się powtarza. Tutaj, jeszcze przed przybiciem do brzegu przestraszonych żeglarzy z innego kontynentu, do których tubylcy wyciągnęli przysłowiową rękę, cywilizacja rozwijała się swoim własnym, naturalnym tempem, ze wszystkimi podstawowymi jej cechami, takimi jak dyplomacja i rozwiazywanie konfliktów, wymiana handlowa, rozwój kulturowy, nauka czy przekazywanie tradycji. Czyli właściwie to samo, co w Europie, prócz skodyfikowanego zapisu języka.

    Ta różnica spowodowała całą lawinę nieszczęść dla pierwszych narodów zamieszkujących Wyspę Żółwią. Nie mogły wiedzieć, że siadając w dobrej wierze do stołu, mając nadzieję na nowe partnerstwo, zaczynając rozmowy z tym nieznanym narodem, który nie wiadomo skąd pojawił się nagle, słowo wypowiedziane ma zupełnie inną wartość, wagę autorytatywną.

    Pierwsze Narody Kanady do dziś kultywują tradycje przekazu ustnego swojej historii. Fascynujące jest to, że wyznaczone osoby w klanach dniami powtarzają historię, tak jak została im przekazana przez Starszych, historię od stworzenia świata. Niektóre z tych przekazów mogą trwać całe dnie, a nawet lata. Nie są to mity, wymyślone zdarzenia, lecz precyzyjne przekazy z pokolenia na pokolenie. Historie i ważne wydarzenia rejestrowane są również w motywach graficznych w maskach, biżuterii, innych ozdobach lub w odzieży.

    Jeden z pierwszych traktatów dotyczących współpracy, wymiany handlowej i wspólnego bezkonfliktowego zamieszkiwania terenów przez reprezentantów Pięciu Nacji i kolonistów Duńczyków w latach 1613-1614, został zarejestrowany metodą lokalnej ludności, a mianowicie w formie pasa zwanego GUSWENTA .

    “You say that you are our father and I am your son.”
    We say, ‘We will not be like Father and Son, but like Brothers’.
    This wampum belt confirms our words. These two rows will symbolize two paths
    or two vessels, traveling down the same river together. One, a birch bark canoe,
    will be for the Indian People, their laws, their customs and their ways. We shall each
    travel the river together, side by side, but in our own boat. Neither of us will make
    compulsory laws or interfere in the internal affairs of the other.
    Neither of us will try to steer the other’s vessel.

    Trzy białe pasy oznaczały: Przyjaźń, Pokój i Na Zawsze, a dwa fioletowe: dwa naczynia, dwa byty reprezentujące obie strony, niezawadzające sobie, płynące i funkcjonujące obok siebie bez konfliktu. Genialny, przynajmniej dla mnie, w swojej prostocie, lecz zawierający system rządzenia, współfunkcjonowania, kod moralny i kierunek stosunków dyplomatycznych. Był on z pewnością wiążący dla Pierwszych Nacji, które do dziś honorują ten traktat, ale czy taką samą wartość miał dla Europejczyków? Z historii wiemy, że nie bardzo.

    Pięknym wręcz dokumentem jest Wielki Pokój (The Great Peace of Montreal) podpisany w 1701 r. w Montrealu, pomiędzy gubernatorem francuskiej kolonii i 39 Pierwszymi Narodami, zapewniający rozwiazywanie konfliktów w przyszłości na drodze dyplomatycznej, zarówno pomiędzy kolonizatorami, jak i współpracującymi z nimi szczepami aborygeńskimi.


    Niestety i ten, chociaż zapisany w europejskim języku (francuskim), z podpisami, znów nie okazał się wiążącym dla najeźdźców.
    Wszystkie kolejne traktaty i ugody, spisywane czy to w angielskim, czy francuskim języku, zdawały się obowiązywać tylko Pierwsze Narody, które i tak nie potrzebowały tylu słów ni znaków, aby dotrzymywać wcześniejszych uzgodnień. Z każdym nowym zapisanym dokumentem, tracili kolejną część przestrzeni do życia, tak fizycznej, czyli terytorium, jak i metafizycznej, duchowej, w której kultywowali swoje tradycje i od setek lub nawet tysięcy lat wychowywali kolejne pokolenia. W rezultacie jedyne co udało im się częściowo zachować, to właśnie umiejętność oralnego przekazu historii, chociaż wiele języków różnych szczepów znikło na zawsze, żyjący przedstawiciele tych wymarłych, wyniszczonych grup posługują się dziś językiem angielskim lub francuskim. Dzięki tej tradycji i umiejętności ustnego rejestrowania i przekazywania informacji, nacje te powoli zaczynają się odbudowywać. Teraz, z dodatkowym doświadczeniem i wnioskami z poprzednich kontaktów z przybyszami i osiedleńcami, nie wierzą w słowa naszych oficjeli, polityków, przedstawicieli. Jest to też dobra lekcja dla nas. Oczekując od wypowiadającego się odpowiedzialności za swoje słowa w codziennym obcowaniu, zapominamy czasem, że nadużywanie, przekręcanie, opisywanie niezwiązane z zaistniałymi faktami czy też stanem rzeczywistym, jest wpisane w formę i metodę naszej komunikacji, organizacji społeczeństwa i jego zachowania, w wypracowywaniu pożądanego, następującego na przekór logice, efektu końcowego jakiegoś działania. I chociaż jako jednostki zawsze będziemy reagować na fałszywe świadectwa, opinie wypowiadane o nas, o naszych bliskich, naszym narodzie, to bardzo rzadko będzie nam dane sprostować czy też wytłumaczyć fałsz, właśnie dlatego, że skoro jest przyzwolenie w naszej cywilizacji na fałszywy zapis, to w jaki sposób obronić się może jedno zwyczajne słowo?

    Julita Hnatczak-Mahun (Toronto)

  • Polski nie-Zorro

    Różne są podejścia i stosunki do masek w ostatnich paru latach. Mnie one nie przeszkadzają, gdyż koncentruję się przede wszystkim na ich funkcji. Od dzieciństwa, czy to z literatury czy z filmów, maski (chociaż trochę inne niż te, które nosimy dzisiaj) ogólnie kojarzyły nam się z bardzo wyraźnymi, dwoma przeciwstawnymi charakterami: rabujących bandytów lub anonimowego bohatera Zorro.

    21 grudnia ubiegłego roku leciałam małym Embraerem z Warszawy do Poznania. Przedświąteczny lot wiec ludzie z większymi niż zazwyczaj torbami, pewnie z ostatnimi zakupami, starali się dotrzeć na miejsce świętowania.  Miejsce miałam w drugim rzędzie, więc dobry punkt do obserwacji wszystkich wchodzących.  Samolot był już pełny i na samym końcu wszedł on.

    Stanął koło swojego miejsca w pustym pierwszym rzędzie, postawił torbę na fotel, ściągał kurtkę, przewiesił przez rękę i czeka. Młody chłopak, kapitan załogi podszedł i zaproponował, że schowa torbę i kurtkę w luku naprzeciwko, bo ten nad głową gościa z pierwszej klasy był w części zajęty.  Wcześniej swój bagaż włożyła tam stewardessa i zajęła połowę skrytki. Ten jednak lekko pokręcił głową, że się nie zgadza, więc steward wyciągnął rzeczy koleżanki, aby zapakować gościa walizkę i kurtkę. Gdy wszystko było już na miejscu pasażer z pierwszej klasy odwrócił się twarzą do tyłu samolotu, czyli w moim i reszty plebsu kierunku i wtedy na czarnej masce zobaczyłam napis „Senat RP”. Następnie zajął miejsce przy oknie, odpalił na telefonie facebooka i zaczął przeglądać zdjęcia choinek w postach znajomych.

    W przed-covidowym świecie latałam dość regularnie i zawsze, gdy w tego typu samolotach miejsce zajmują ludzie biznesu, z reguły odpalają oni komputery, aby wykorzystać nawet ostatnie 10 lub 15 min., które im zostało, póki załoga nie ogłosi, aby wszystkie urządzenia elektroniczne wyłączyć. Te krwiożercze rekiny, kapitaliści, nielubiani podatnicy, którzy robią wszystko, aby zarobić, może nawet dać komuś prace, sami szybko pakują bagaże w luki, aby nie stracić cennej minuty.

    Tylko polski nie-Zorro zadowolony, siada w pierwszej klasie i za pieniądze nie-bandytów ogląda świąteczne drzewka.

    Julita Hnatczak-Mahun

  • Kawa u Babci Lesi

    https://szeptyohistorii.blogspot.com/2021/11/kawa-u-babci-lesi-czy-zdarzyo-wam.html

  • Pierwszy jesienny dzień w Ontario

    https://szeptyohistorii.blogspot.com/2021/11/pierwszy-jesienny-dzien-w-ontario.html

  • Я впізнала Тебе по очах

    https://szeptyohistorii.blogspot.com/2021/11/zbruc.html

  • LATCA- twórcy diaspory z Toronto

    https://szeptyohistorii.blogspot.com/2021/11/diaspora-ukrainska.html

  • Poznalam Cie po oczach

    https://szeptyohistorii.blogspot.com/2021/11/z-emigracji.html

  • Слово

    https://szeptyohistorii.blogspot.com/2021/11/zbruc_15.html

  • Trzecia ojczyzna

    https://szeptyohistorii.blogspot.com/2021/11/ojczyzna-z-emigracji.html

  • KREDENS

    Zajęło mu trochę czasu na oswojenie się z nowym pomieszczeniem. Najpierw pomyślał, że położyli go na podłodze, bo tak lżej rozprawić się ze starym już i trochę obdrapanym, to jednak całkiem zdrowym i w formie. Ponad 60-letni grat nadaje się jeszcze na części, bo przecież takich ręcznie ciętych luster teraz to już tylko na aukcjach lub w specjalistycznych sklepach szukać a same deski można przecież wykorzystać do tak modnych dzisiaj, kraftowych projektów.  Po chwili jednak zorientował się, że to ściany sali wyłożone są kolorową deską parkietową, zwykle używaną do podłogi i dlatego zgubił na chwilę orientację. Po kolejnym, dłuższym momencie i wsłuchaniu się w otoczenie, zaczął zauważać jego elementy. Oto stał więc w zupełnie nowej, pachnącej jeszcze żywicą i świeżo wylanym cementem, trochę chłodnej, ale wypełnionej krystalicznie czystym powietrzem sali. Okna na ścianie naprzeciwko tworzyły wrażenie galerii wypełnionej zimowymi pejzażami najwybitniejszych artystów. I ten świergot ptaków za oknem!

    Kiedy na początku lat 60-tych młode małżeństwo przywiozło go do swojego ubogiego, zatłoczonego, ale ciepłego i gwarnego domu i postawiło w kącie pod oknem pomyślał, że czeka go pewnie ten sam los co jego braci. Będzie modny może przez jedną generację, potem przyjdzie czas na nowy wystrój albo dzieci tak go dobiją, że nie zostanie nic innego jak tylko ciemna komórka, jeśli będzie miał szczęście, a na koniec żywota, żeby korniki lub myszy nie rozszarpały resztek pięknej politury, ktoś się zlituje i zwyczajnie porąbie go na kawałki i spali. Życie jednak jest ciekawe i nieprzewidywalne.

    Stojąc sobie tak dekadami w kącie przy oknie, miał idealny punkt widzenia zarówno na ulice jak i na życie wewnątrz. Oglądał przewijające się wydarzenia jak klatki w fotoplastykonie. Jako, że od początku powierzano mu to co najcenniejsze, czy to świąteczną porcelanę, kryształ otrzymany w prezencie, czy pamiątkę przywiezioną przez kogoś z wycieczki, szanowała go cala rodzina a co tydzień czyszczono go z kurzu, aby nigdy nie gubił swojego blasku. Kilka razy w roku wyciągano wszystko z lustrzanych półek i dolnej szafki i ostrożnie myto, aby za chwil znów schować te skarby do rodzinnego sezamu. Były też czasy, kiedy wypełniał się zapachem francuskiej kawy lub austriackich czekoladek. Ponieważ takie rarytasy nie były rozdawane od razu i trzymano je na specjalne okazje oraz dla równego podział dla każdego (choć po malutkim kawałku lub garstce), ich aromat wtapiał się w drewno i nawet gdy już nie zostało nic do podzielenia, wystarczyło otworzyć dolne drzwiczki i można było przywołać z pamięci i poczuć smak prawdziwej czekolady na języku. Raz w roku oświetlano go choinką i wówczas kolorowe lampki odbijały się w lustrzanej ściance, a załamania powielały odbite światełka i pokój wyglądał wtedy jak świąteczny jarmark.

    Przy stojącym tuz obok stole przez dziesięciolecia przysiadało różnie… raz więcej raz mniej ludzi i dusz. Na samym początku było sporo starszych, chociaż nowych, niedawno co przybyłych. Z czasem tych ubywało a miejsca zajmowali już ci, tu na miejscu urodzeni, młodsi od niego. Zawsze jednak było gwarno i rodzinnie. Po czasie i to zaczęło się zmieniać. Zostawał coraz częściej sam, pamiętano tylko, żeby go zimą ogrzać. Jeszcze latem dom na chwile ożywał, a promienie słoneczne z otwartych okien nagrzewały błyszczący lakier i budziły go do życia. Jeszcze czasem coś z niego wydobywano, chociaż wrażenie było takie jakby i resztki skrywanych skarbów zostały zapomniane lub zwyczajnie zepchnięte w niebyt przez nowe.

    Az przyszła zupełna cisza. Nawet kawa i czekolada straciły swój specjalny aromat i trzeba było zwolnić miejsce przy oknie. Niejeden pewnie w tym momencie wylądował na śmietniku, również i historii. On jednak, zupełnie niespodziewanie znalazł się w piękniej sali, bo wszyscy razem uzgodnili, że nie porzuca się 60-letnich członków rodziny. Kojący widok na jezioro i las za oknem pozwoli mu reflektować i wspominać w pięknej scenerii, a długie stoły wzdłuż sali, zapowiadają kolejny etap życia. Stanął wiec dumnie przy wejściu tak, że nie sposób go choć na chwile nie zaczepić wzrokiem, a dostojność i prezencja okryły salę, która w tym momencie sama stała się Kredensem.

    Julita Hnatczak-Mahun