KREDENS

Zajęło mu trochę czasu na oswojenie się z nowym pomieszczeniem. Najpierw pomyślał, że położyli go na podłodze, bo tak lżej rozprawić się ze starym już i trochę obdrapanym, to jednak całkiem zdrowym i w formie. Ponad 60-letni grat nadaje się jeszcze na części, bo przecież takich ręcznie ciętych luster teraz to już tylko na aukcjach lub w specjalistycznych sklepach szukać a same deski można przecież wykorzystać do tak modnych dzisiaj, kraftowych projektów.  Po chwili jednak zorientował się, że to ściany sali wyłożone są kolorową deską parkietową, zwykle używaną do podłogi i dlatego zgubił na chwilę orientację. Po kolejnym, dłuższym momencie i wsłuchaniu się w otoczenie, zaczął zauważać jego elementy. Oto stał więc w zupełnie nowej, pachnącej jeszcze żywicą i świeżo wylanym cementem, trochę chłodnej, ale wypełnionej krystalicznie czystym powietrzem sali. Okna na ścianie naprzeciwko tworzyły wrażenie galerii wypełnionej zimowymi pejzażami najwybitniejszych artystów. I ten świergot ptaków za oknem!

Kiedy na początku lat 60-tych młode małżeństwo przywiozło go do swojego ubogiego, zatłoczonego, ale ciepłego i gwarnego domu i postawiło w kącie pod oknem pomyślał, że czeka go pewnie ten sam los co jego braci. Będzie modny może przez jedną generację, potem przyjdzie czas na nowy wystrój albo dzieci tak go dobiją, że nie zostanie nic innego jak tylko ciemna komórka, jeśli będzie miał szczęście, a na koniec żywota, żeby korniki lub myszy nie rozszarpały resztek pięknej politury, ktoś się zlituje i zwyczajnie porąbie go na kawałki i spali. Życie jednak jest ciekawe i nieprzewidywalne.

Stojąc sobie tak dekadami w kącie przy oknie, miał idealny punkt widzenia zarówno na ulice jak i na życie wewnątrz. Oglądał przewijające się wydarzenia jak klatki w fotoplastykonie. Jako, że od początku powierzano mu to co najcenniejsze, czy to świąteczną porcelanę, kryształ otrzymany w prezencie, czy pamiątkę przywiezioną przez kogoś z wycieczki, szanowała go cala rodzina a co tydzień czyszczono go z kurzu, aby nigdy nie gubił swojego blasku. Kilka razy w roku wyciągano wszystko z lustrzanych półek i dolnej szafki i ostrożnie myto, aby za chwil znów schować te skarby do rodzinnego sezamu. Były też czasy, kiedy wypełniał się zapachem francuskiej kawy lub austriackich czekoladek. Ponieważ takie rarytasy nie były rozdawane od razu i trzymano je na specjalne okazje oraz dla równego podział dla każdego (choć po malutkim kawałku lub garstce), ich aromat wtapiał się w drewno i nawet gdy już nie zostało nic do podzielenia, wystarczyło otworzyć dolne drzwiczki i można było przywołać z pamięci i poczuć smak prawdziwej czekolady na języku. Raz w roku oświetlano go choinką i wówczas kolorowe lampki odbijały się w lustrzanej ściance, a załamania powielały odbite światełka i pokój wyglądał wtedy jak świąteczny jarmark.

Przy stojącym tuz obok stole przez dziesięciolecia przysiadało różnie… raz więcej raz mniej ludzi i dusz. Na samym początku było sporo starszych, chociaż nowych, niedawno co przybyłych. Z czasem tych ubywało a miejsca zajmowali już ci, tu na miejscu urodzeni, młodsi od niego. Zawsze jednak było gwarno i rodzinnie. Po czasie i to zaczęło się zmieniać. Zostawał coraz częściej sam, pamiętano tylko, żeby go zimą ogrzać. Jeszcze latem dom na chwile ożywał, a promienie słoneczne z otwartych okien nagrzewały błyszczący lakier i budziły go do życia. Jeszcze czasem coś z niego wydobywano, chociaż wrażenie było takie jakby i resztki skrywanych skarbów zostały zapomniane lub zwyczajnie zepchnięte w niebyt przez nowe.

Az przyszła zupełna cisza. Nawet kawa i czekolada straciły swój specjalny aromat i trzeba było zwolnić miejsce przy oknie. Niejeden pewnie w tym momencie wylądował na śmietniku, również i historii. On jednak, zupełnie niespodziewanie znalazł się w piękniej sali, bo wszyscy razem uzgodnili, że nie porzuca się 60-letnich członków rodziny. Kojący widok na jezioro i las za oknem pozwoli mu reflektować i wspominać w pięknej scenerii, a długie stoły wzdłuż sali, zapowiadają kolejny etap życia. Stanął wiec dumnie przy wejściu tak, że nie sposób go choć na chwile nie zaczepić wzrokiem, a dostojność i prezencja okryły salę, która w tym momencie sama stała się Kredensem.

Julita Hnatczak-Mahun

Dodaj komentarz